Po różnych plotkach na przestrzeni lat o rozpadzie zespołu bałem się, że nie uda mi się nigdy zobaczyć The Cure na żywo, ale wczoraj mimo tragicznej pogody udało mi się zobaczyć z całkiem dobrego miejsca pod sceną zespół w absolutnie zarąbistej (biorąc pod uwagę ich wiek - Gallup wygląda jak wskrzeszony trup Elvisa) formie. Ogólnie wczoraj widziałem 6 dobrych koncertów.
Do tego dorwałem bas Skervesena, który praktycznie na pewno będzie miał u mnie dożywocie i zajebiście będzie pasował do reszty akcesoriów Hello Kitty.
