Nie uwolnię się od tych jebanych błotników, nie ma bata. Ilekroć pozbywam się jakiegoś, to chwilę (dłuższą lub krótszą) później zaczynam się rozglądać za kolejnym. Mam z nimi jak z kiełbasą - mogę nie jeść przez miesiąc, ale jak zaglądam do lodówki, a jej nie ma, to czuję niepokój

Tym oto sposobem, od chwili kiedy pozbyłem się dżonsona, kombinowałem jak tu ogarnąć druta (czytaj - osiągnąć to charakterystyczne brzmienie strata) na wiosłach które posiadam. Nie dało się. Kupiłem sobie w związku z tym Masterbildowego Straciaka, o którym wspominałem jakiś czas temu, ale okazał się być bardziej wiosłem kolekcjonerskim niż "working man's tool". Miał za zadanie wyglądać i grać dokładnie jak egzemplarz sprzed ponad 50 lat, ale nie do końca spotkało się to z moim entuzjazmem.
No i jak ostatnio Biczel wystawił na sprzedaż swojego Fendka, to mi drgnęła dzida trochę, bo o ile nie miałem w planach kupowania kolejnego Masterbuilta, o tyle taki niedrogi straciak wydał mi się fajną opcją.
Oddałem mu Music Mana, on za to mi oddał Fendka i trochę sałaty. W sumie wiosło okazało się być nadspodziewanie fajnym egzemplarzem, bo jak na American Standarda grało naprawdę zajebiście. Wprawdzie jesionowa decha i klonowy gryf robiły sporo jazgotu, ale byłem gotów zostawić sobie to wiosło (łatwiej pogodzić się z myślą, że się ma nie do końca zajebistego Fendera za ok. 3000 niż nie do końca zajebistego Fendera za 20000

). Aż tu nagle napada na mnie na fejsbuku mój stary friend, który jest jeszcze większą "gear whore" niż ja i pisze mi, że właśnie przyjechał do niego ze Stanów nowiutki Strat Meyera i może mi go opendzlować przyjmując w zamian jakieś graty. Kazałem mu przyjechać. Powąchałem wiosło, dogadaliśmy warunki i koleżka opuścił me skromne progi z Biczelowym Stratem i banknotami, a ja zostałem ze szkaradkiem:

Nie jest to najładniejszy strat jakiego widziałem. Sunburst mnie odrzuca, ta sraczkowata płytka też. Tyle, że gra naprawdę zajebiście. Pełny sound z dużą ilością dołu, lekko wycofanym środkiem i tym fajniutkim drutem. Tak pełnego brzmienia w Stracie naprawdę daleko szukać. Wielu twierdzi, że jest to zasługa tych customowych singli "big dipper", które kosztują jakieś straszne pieniądze, ale bez względu na to z jakich powodów wiosło brzmi tak jak brzmi, jest to brzmienie, które mnie jara. Na dodatek gryf skierwejsyn siedzi ciaśniutko, więc nie mam się do czego dojebać. Szyja jest gruba, ale nie jakoś ekstremalnie, radius 9,5 cala, czyli dość sensownie, a do tego duże progi Dunlopa. Manualnie fajnie, brzmieniowo zajebiście, tylko do chuja czemu on nie jest czarny czy biały... Ale srać tam, nie można mieć wszystkiego, w razie czego wymienię mu płytkę na biało-kremową nieperłową, to trochę odkurwię ten wieśniacki wygląd. Dechy nie ma sensu przemalowywać, więc trza będzie poobijać, bo wtedy ten burst już tak nie wkurwia.

Fajnie mi

A tu jeszcze jutro Crazycaster przyjeżdża i siódemeczka od Lothiego...